rasko blog

Twój nowy blog

Dzwoni babcia:

babcia: Co masz taki dobry humor?

rasko: jednego pisiora mniej to dobry dzień dla Polski

b: mam dla ciebie książkę siostry Leokadii Neumann…

r: A to nie żydówa?

b: chrześcijanka!

r: znaczy się przechrzta.

b: Jaka przechrzta, to niemieckie nazwisko!

r: czyli niemka! Niemiecka żydówka! Czy może być gorzej?

b: to Polka jest

r: polskojęzyczna ona może jest, a to wielka różnica pomiędzy prawdziwą Polką ;)

b: już nie mów takich rzeczy, to się słuchać nie godzi, mam tą książkę…

r: „Młot na czarownice” czy „Jak rozpoznać żyda”?

b: no co ty, ja w kościele ją kupiłam.

r: A oni właśnie w kościołach je sprzedają.

Rozmowa się przestała kleić dlatego też dobiegła kresu. 

 

Sprawy mają się z grubsza po staremu. Albo z cieńsza bo regularne treningi dają skutki. >OCENZUROWANO<. Dla uczczenia tego wiekopomnego faktu organizuję w piątek przyjęcie. Okazja dobra jak każda inna, natomiast dwa miesiące świętego spokoju to nie w kij dmuchał. Wakacje skończone, klub rusza z coraz większym impetem, mówi się, że zawita u nas jakaś gwiazda serialu o wampirach co powszechnie wywołuje u naszych pracowników niekontrolowane erekcje, poronienia i uderzenia gorąca. Mnie nadal trzeba pobudzić konwencjonalnie żeby stanął, może dlatego, że rzeczonego serialu nie oglądałem.

Chciałem zgłosić mnie i męża do konkursu na gejowski ślub w samolocie linii SAS ale chyba zgłoszę się do konkursu na pomnik upamiętniający wszystkie 96 lub 98 ofiar katastrofy pod smoleńskiem. Po pierwsze mam talent plastyczny a po drugie pomysł – na nowy symbol Warszawy. Oczywiście jestem za obeliskiem na Krakowskim Przedmieściu, jak coś trzeba wyburzyć trudno, obelisk musi być wysoki a na samym czubku mała figurka Przemka Gosiu Gosiewskiego, który krótkimi łapkami klaszcze w samo południe. Poznań ma koziołki a ja osobiście uważam, że Gosiu miał charyzmę. I takie śmieszne łapki. 
Szukam biletów na polska premierę Le Mis ale się chyba trochę zagapiłem… premiera już za półtora tygodnia i nie wiem jakie sznurki będę musiał pociągnąć… chociaż to nie pierwszyzna… czuję jakiś prawie wiosenny optymizm w sobie. Może to odmiana parszywego losu a może po prostu żołądkowa gorzka ? 

Niedziela

1 komentarz

Śniadanie mistrzów było. Potem zakupy. Jechałem po pączki do galerii mokotów z taksówkarzem, któremu paszcza się nie zamykała. Jako że pozornie niewinne wczorajsze trzy podwójne Macallany na lodzie w przeliczeniu na jakieś bardziej sensowne jednostki miary dają ćwiartkę whisky nie byłem szczególnie rozmowny. Zasugerowałem, bardzo kulturalnie, żeby pan do mnie nie mówił. Zamknął się w sobie i jechał dalej z miną matki boskiej bolesnej. Grunt, że męża nakarmiłem i osłodziłem jego życie, nie usłane przecież różami. 

Wyparadowałem się za wszystkie czasy w kolczastych obrożach, bransoletach, wyokładałem kilka tyłków pejczem i sam trochę zebrałem od obcych i nie całkiem obcych ludzi… było miło, jest jednak coś pięknego w tym, że dupa cię boli jak wychodzisz z imprezy. Puszczaliśmy też bańki mydlane, nie z dupy, z małej buteleczki absoluta. A teraz usiłujemy uratować ostatnie chwile weekendu i magicznym a nie znanym nikomu sposobem wydłużyć niedzielę o kilka godzin. Zadanie beznadziejne a jednak przyjęliśmy typowo polską romantyczną postawę heroiczną, gloria victis.   

- Klient poprosił ogórka do wódki a barman powiedział że ogórka nie ma!

- To może nie ma ogórka… 
- Ale nie poszedł sprawdzić w kuchni! 
- Bo może wie, że w kuchni nie ma ? 
- Właśnie dlatego uważam, że zmierzamy prosto w przepaść!
Swoją drogą nie pomyślałem o ogórkach do wódki i jest to bez wątpienia karygodne. Pomijam już fakt, że w weekend samowolnie opuściłem miejsce pracy, uzurpowałem sobie urlop i z właściwym mojej skromnej osobie urokiem i wdziękiem wyłożyłem na wszystko chuja. Bez wyrzutów sumienia i bez najmniejszego zawahania. Kolega ma zdjęcie z Baśką z klatki B, ja też takie chce… tymczasem może dzisiaj w końcu ruszę dupę i pobiegam. Kolejne spodnie trzaskają mi w miejscach, w których trzaskać nie powinny 
Sobotnie klubowanie – nie byłem w nastroju, nie pożegnałem Utopii bo nie miałem czego za bardzo żegnać, ostatni raz byłem tam na fajnej imprezie pewnie siedem lat temu, dlatego też bawiłem się u siebie. Atrakcji bez liku, wspomniana afera ogórkowa, menager, który nie powitał klienta w progu lokalu i klient musiał sam wejść do środka, co urąga wszelkiej godności, Stara Szwedka, która światowym gestem postanowiła odstawić pustą butelkę moeta ale niestety w zaściankowym kraju i zaściankowym klubie butelka zaściankowo odmówiła współpracy i rozbiła się na podłodze. Na Ibizie coś takiego nie miałoby miejsca… a w Szwecji to już w ogóle. Poza tym subtelne usunięcie Walkera w dresie, bo zasada jest prosta – do tego klubu w dresie to mogę przyjść ja albo Cygan i tego będziemy się trzymać – jaki to by nie był dres. A ten był akurat czerwony. Wypadek przy pracy, gość w dresie zakoczował w klubie przed przybyciem selekcjonera i ochrony. Poza tym może to kwestia wieku a może kwestia towarzystwa, grunt, że o 02.30 poczułem nieodpartą potrzebę ewakuacji i pod eskortą męża oddaliłem się do buduaru.  

Poszedłem na Krakowskie Przedmieście zobaczyć krzyż i w ogóle a okazało się że:

oczom moim ukazał się las krzyży
po drugie na przeciwko krzyża – tego pierwotnego – stał człowiek z plastykowym stolcem – domagał się, w imieniu połowy narodu, która wypróżnia się o poranku,żeby ten znamienny fakt uczcić tablicą pamiątkową przy Pałacu Prezydenckim – swoją drogą ciekawe kiedy wypróżnia się druga połowa narodu i skąd to wszystko wiadomo? 
po trzecie ludzie po krzyżem śpiewają „Barkę” – mogłem się założyć, że właśnie „Barkę” bo to najbardziej zjebany hit każdego eventu w tym stylu 
po czwartę zaraz potem rozpętała się burza i zapał obrońców krzyża gwałtownie osłabł – mój zresztą też – liczyłem tylko, że w ramach jakiegoś gestu ze strony najwyższego piorun pierdolnie prosto w zgromadzenie i kilku dodatkowych obywateli stanowiących elitę i kwiat społeczeństwa polegnie śmiercią męczeńską 
zapamiętałem natomiast smród potu i bezzębne grymasy pomarszczonej twarzy ulicy – prawdziwej twarzy tej prawdziwie polskiej części Polski… samce alfa i bite żony, lub samotne dziewice, siostry skrytki, których droga do boga była przebolesna, przebolesna ale dzisiaj są już jednością z każdą kroplą krwi jezusowej i oto odkryłem, że pamiętam słowa pieśni: jak ten kielich łączy kropel wiele… a następnie odkryłem, że zapomnialem parasola. 
  

Crucified

2 komentarzy

Sierpniową porą okazało się, że Lech może być tylko ciepły, chociaż ja zawsze miałem odczucie, że ciepły był raczej Jarosław. Osobiście preferuje Grolsch’a ale o gustach się nie dyskutuje. Aktualnie mamy pod pałacem pięć krzyży stacjonarnych i jeden mobilny, jest grupa obrońców i problem, bo nie mogą wyjść do toalety… to znaczy mogą wyjść ale nie będą mogli wrócić. Osobiście uważam, że powinni trzymać, Jezus poświęcał się bardziej. Zapowiada się całkiem udany event – zastanawiam się, czy nie byłoby wskazane zorganizować after party z motywem przewodnim Army of Lovers Crucified 

Nadeszła oto wiekopomna chwila. Rasko – reaktywacja. Czytałem właśnie sam siebie, z grudnia, roku 2003. Siedem lat! Zaiste siedem lat już minęło od mojego pamiętnego i brzemiennego w skutki comming outu… żadna to dzisiaj sztuka być pedałem wyzwolonym, zaroiły się gejostwem szpalty gazet i telewizyjne ramówki… jakoś zupełnie inny etap mamy teraz. A jednak wszystkie te osiągnięcia ostatnich siedmiu lat, te wszystkie parady, marsze i pikiety, te artykuły, kluby, ta afirmacja cała, te wygrane procesy, przepisy wywalczone, jakoś to wszystko szlag trafia, kiedy musisz powiedzieć swojemu ojcu albo swojej matce: jestem pedałem. Nikt, kto tego nie musiał robić nigdy nie pojmie, nie zbliży się nawet do tego traumatycznego doświadczenia. Miliony gejów i lesbijek w tej niesamowitej paradzie równości, kiedy każdy sam musi przyjąć na klatę ciężar, który przygniata, miażdży, żołądek ściska w supeł, odbiera siłę a kolejny oddech czyni wyzwaniem ponad siły. Jakby to było zbrodnią, jakby to było wstydem albo jakąś naszą winą pierwotną… Po siedmiu latach patrzę na to z uśmiechem na ustach. I z łezką w oku. 

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ temat jest dobry. Temat jest szlachetny i heroiczny. Bo każdy pedał jest z mojej perspektywy dzisiejszej bohaterem w walce domowego zacisza. Bohaterem cichym, bez cokołów i bez elegii. Każdy z nas musiał wykuć sobie swój świat bardziej, niż hetero normatywna większość, której na dzień dobry dano przywilej akceptacji i normy. Postarzałem się przez te siedem lat strasznie, przytyłem, dorobiłem się hipoteki i wrzodów żołądka i kiedy dzisiaj widzę chłopca, który musi przejść przez to całe zamieszanie… dla którego właśnie wali się jakiś spokój, jakiś porządek… chciałbym być poetą, żeby uchwycić ten ulotny moment ale poetą nie jestem i nigdy nie bylem dlatego mogę tylko pierdolnąć sentymentalną notkę na blogu.  

już czas

7 komentarzy

http://elpresidente.pl/

Formi formi formidableeeeee… kolejne święto francuskiej piosenki w moim łóżku. Tak, jeszcze żyję, ale co to za życie… klub otwiera się już za niecały miesiąc więc jak nietrudno się domyślić wszystko wali się nam na głowy. Orka na ugorze od bladego świtu do późnych godzin nocnych. A grube lesby są w ogóle ble. Kolejne spodnie trzasnęły mi na dupie. Nie jem a dupa rośnie. Jak to jest możliwe? Są rzeczy na niebie i ziemi i w spodniach, o których się prorokom nie śniło…  

 

Jak to jest możliwe, że jak otwierasz lokal to nagle wszyscy, ale kurwa WSZYSCY wiedzą lepiej, bo zęby sobie na gastronomii zjedli,wszyscy wiedzą jak i co w tym lokalu powinno być robione, każdy miał kurwa nagle dziesięć restauracji, które trzepały hajs jak kostkarka lód, wszystkie teknajpy sprzedały się z zyskiem chuj wie jakim, dobre rady cioci dziuni  sypią się jak łupież w reklamie niozralu. Sami potentaci, warszawscy restauratorzy co jeden to większy. Ewenementem pozostaje fakt, że żaden groszem nie śmierdzi, a nory w których się gnieżdżą wołają o pomstę do nieba i kontrolę sanepidu, nory też oczywiście tylko pozornie trącą kebabem z przedmieść Kalkuty, wszak to kamuflaż, siano koszą tam garściami… reszta jest dla niepoznaki. Nienawidzę skurwysynów, ich porad z poradnika domowego i całej pretensjonalnej otoczki bo mnie chuj strzela jak muszę tego słuchać i kiwać głową jak pierdolony piesek z tylnej szybie dużego fiata. 

Wchodzę rano do biura, jest przyjemnie chłodno, klima szumi w tle, Iwonka z pączkiem, promienna i uśmiechnięta, idzie do kuchni. 

Rasko: Ciasteczko?

Iwonka: Prawdziwa kaloryczna bomba.

R: Nie pierwsza, która cie trafiła. Większych spustoszeń już nie będzie. 

Ważne, żeby dobrze zacząć dzień, ponieważ kluczem do udanego życia jest dobra karma. Miłe słowo skierowane do bliźniego zaprocentuje po tysiąckroć. Podobnie jak modlitwa. Zapewne dlatego właśnie wszystko się jebie, bo Cygan zapaliła świeczkę u Świętej Anny. Trzeba chyba będzie się wybrać na spacer i zgasić tą świeczkę. Większej ilości szczęścia moja wątroba może nie wytrzymać.

Świat pędzi ku zagładzie w oszałamiającym tempie. Podobno mają wydać w Polsce opartą na faktach książeczkę dla dzieci o dwóch amerykańskich pingwinach gejach z nowojorskiego zoo, które to homoseksualne pingwiny wspólnie wysiedziały jajko i odkarmiły pisklę, które nie wyrosło na lesbiję. Będzie skandal na dwie dziesiątki różańca i gorzkie żale w telewizjach i gazetowych szpaltach. Jest nawet szansa na chwilową akceptację eutanazji w celu oczyszczenia warszawskiego zoo z moralnie wątpliwego stada rodzimych pingwinów potencjalnie podatnych na propagandę sodomii.

Na szczęście jutro piątek, tygodnia koniec i początek, zbliża się wielkimi krokami godzina WU i jak co roku festiwal obchodów i świętowania porażki, klęski i głupoty. Jedyny w całym kraju polityk, który trzeźwo podszedł do sprawy, prezydent stalowej woli, zapewne zostanie publicznie zlinczowany. Ale czy nie jest słusznym pytanie o to, któy normalny naród buduje swoją tożsamość i patriotyzm w oparciu o gloryfikację katastrofy i przegranej? Jest jakaś perwersja w tym publicznym biczowaniu włąsnego tyłka i może jest to klucz do zrozumienia patologii katolandu. Z przyjemniejszych rzeczy Nick Pitera, polecam:

 


  • RSS